Endomondo

Survival Race

survivalrace
Szczegóły imprezy
bieg z przeszkodami
10 km
Stadion Olimpijski
Wrocław
18.05.2014
słonecznie

Na przestrzeni ostatnich lat możemy zaobserwować w Polsce znaczny wzrost popularności biegania. Wraz z rosnącym zainteresowaniem pogłębia się również pragnienie „sprawdzenia siebie” na coraz bardziej wymyślne sposoby. Dla tych, którym zwykłe bieganie już nie wystarcza, przygotowano zupełnie nową formę zawodów – na trasie, poza samym bieganiem, uczestnik musi zmierzyć się z różnego rodzaju przeszkodami, imitującymi poligon wojsk specjalnych. Do grona tego typu imprez w Polsce (m.in. Runmageddon, Bieg Katorżnika) dołączył ostatnio Survival Race.

O ile w Runmageddonie nie wystartowałem ze względu na cenę (ok. 300zł), to tutaj wydała mi się ona dosyć atrakcyjna: w momencie zapisywania (miesiąc przed biegiem) wynosiła 80zł. Tutaj również dygresja z mojej strony: było słychać wiele głosów w internecie, że frekwencja na Wings For Life nie powaliła z nóg właśnie z powodu wysokiego wpisowego – 120zł. Co ciekawe, w I edycji Runmageddonu, który kosztował ponad 2x tyle i był o wiele słabiej rozreklamowany, wystartowało prawie tyle samo osób…

Wracając do biegu: 18 maja o godzinach wcześnie porannych (wyjazd z domu 5:07 – sic!) wyruszyłem na podbój Wrocławia. Na miejscu byłem oczywiście o wiele za wcześnie, pozwoliło mi to jednak „ogarnąć” wszystko na spokojnie.

Start został zorganizowany falami, co 15 minut. Podczas rejestracji można było wybrać falę, w której chce się wystartować. W moim przypadku padło na godz. 12:00. Organizatorzy przestrzegali, żeby być już godzinę przed startem – ja byłem prawie 3h, a wystarczyłoby spokojnie 15 minut :D Pakiet startowy był dość ubogi – poza koszulką, ulotką, regulaminem, opaską na rękę oraz papierowym numerem startowym i agrafkami nie znajdował się w nim żaden obiecany upominek od sponsorów. Dodatkowo każdy uczestnik miał otrzymać przed biegiem wysłany pocztą pakiet powitalny – do mnie takowy nie dotarł. Jak się okazało, nie byłem jedyny – w zasadzie to nikt się nie chwalił, że coś takiego otrzymał :D

10260034_678384742229530_3406254763220380853_n

Trasa biegu na 10km oraz plan stadionu olimpijskiego i okolic.

Kwadrans przed startem każdej fali przeprowadzano rozgrzewkę. Dodatkowo mniej więcej po godzinie od startu pierwszej fali organizatorzy zauważyli, że papierowe numery + woda nie były najlepszym rozwiązaniem (eh…) i zaczęto wypisywać numery startowe uczestnikom na przedramieniu. Markerem. Permanentnym, co by przez przypadek się nie zmyło. Jest czwartek, a ja pomimo szorowania dalej mam ślady na ręce :D

Koniec zrzędzenia! Równo w południe wystartowaliśmy – ja z pierwszej linii. Większość uczestników nie wyglądała na biegaczy, dlatego chciałem wykorzystać swoje atuty i od razu mocno ruszyć do przodu.

Pierwszą przeszkodą był dym – tutaj nie ma za bardzo o czym się rozpisywać. Na szkolnych dyskotekach w podstawówce można było zobaczyć lepszy :) No ale, nie zrażając się za bardzo, pobiegłem dalej, przez przeszkodę nr 2 – czyli las. W tym momencie zaczęło robić się już ciekawiej, ze względu na spore ilości błota pozostałe po niedawnych ulewach.

Na wyjściu z lasu przeszkoda nr 3 – „słomiane wzgórza”. Miejsce, gdzie wielu napaleńców (w tym ja :D) dawało pierwszy upust swoim fantazjom, robiąc najróżniejsze przeskoki czy przewroty przez bark, aby pokonań słomianą zaporę.

Dalej tzw. „up and down”, czyli przeskakiwanie przez podesty i przechodzenie pod liniami. Zaraz po tym kolejna porażka organizacyjna – „ściana bokiem”, na której zrobił się gigantyczny korek. Czekając w kolejce straciłem sporo czasu, co już w gruncie rzeczy zdefiniowało wynik – z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że najszybszą osobą w każdej fali była właśnie ta, które jako pierwsza dotarła do tej przeszkody.

Bezpośrednio ze ściany wchodziło się do „survival cube” – konstrukcji, gdzie w zasadzie jedynym problemem było wejście na górę po siatce. Na wyjściu „peleton” był już mocno rozciągnięty, ze względu na zator na ściance. Nadrabiałem szybko stracone sekundy wykorzystując dobre przygotowanie wytrzymałościowe.

Następny w kolejce był „małpi gaj”, czyli przejście kilku metrów za pomocą samych rąk, chwytając się umieszczonych w poprzek rurek. Później hałda opon, sieć pajęcza (kilka linek na krzyż, przez które trzeba było się przecisnąć) oraz „przeprawa przez Kilimandżaro” – dosyć strome podejście, oczywiście okraszone odpowiednią dawką błota :) A jak już się nabrało „wysokości”, to można było zjechać. Do tego właśnie służył „slip & slide”, czyli zjeżdżalnia polewana przez 2 dziewczyny wodą i płynem do mycia naczyń (!?).

Muszę przyznać, że to była chyba największa atrakcja – coś jak niespełnione marzenie z dzieciństwa. Rozpędziłem się mocno, skoczyłem na tyłek i wykonałem efektowny zjazd połączony z 2 obrotami oraz zakończony efektownym lądowaniem w błocie. Oceny jurorów: 9/10 (-1pkt za brak telemarku). Niestety nie było już okazji, żeby poprawić – musiałem lecieć dalej! Cały uwalony błotem przeczołgałem się pod 3 samochodami.

Kolejna przeszkoda: „stare wraki”, czyli wchodzisz bagażnikiem – wychodzisz przednią szybą. Pierwsza myśl: do it like a pro!

Później przypomniałem sobie jednak, że mogę nie posiadać odpowiednich kwalifikacji – rodzice nie zapisali mnie nigdy na zajęcia z futbolu amerykańskiego :( Skończyło się więc na zwykłym przejściu na czworaka.

2 odpowiedzi do “Survival Race

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *